Należymy do:

PIFS

Daleko od matki…

(…) Przerażona nauczycielka zaprowadziła ją do pielęgniarki. Joasia odmawiała zdjęcia bluzeczki. Dopiero po dłuższych namowach pozwoliła obejrzeć sobie plecy. – Były jak siekany kotlet. Pełne blizn i czerwonych pręg. Jedna wielka rana. I wielki krwiak z tyłu głowy – opowiadała mi nauczycielka.

Mama Joanny wyjechała do Kanady, jak córka miała 5 lat. To miał być krótki, trzymiesięczny wyjazd. Taki dla poratowania rodzinnego budżetu. Z trzech miesięcy zrobiło się kilka lat. Mama utrzymywała z córką i mężem kontakt listowny i telefoniczny. Z biegiem czasu jej mąż zaczął domagać się jej powrotu. Obawiał się, że ich małżeństwo rozleci się. I słusznie. Bo w kolejnym liście zawiadomiła go, że ma kogoś i nie ma zamiaru wracać do Polski. Chciała, aby Joanna przyjechała do niej. Ojciec zaprotestował. O ile zgodził się na rozwód, to o wyjeździe córki nie chciał słyszeć. Zaczęło się sądowe piekło.

Jednego dnia Joasia przyszła do szkoły dziwnie smutna. Nie uczestniczyła w lekcji, siedziała skulona. Nauczycielka zauważyła, że ma unieruchomione palce rąk. Były prawidłowo zaopatrzone. Spytała, co się stało. Dziewczynka powiedziała, że spadła ze schodów. W czasie przerwy pani podeszła do niej, objęła ją. A wtedy Joasia syknęła. Przyznała się, że bolą ją plecy. Przerażona nauczycielka zaprowadziła ją do pielęgniarki. Joasia odmawiała zdjęcia bluzeczki. Dopiero po dłuższych namowach pozwoliła obejrzeć sobie plecy. – Były jak siekany kotlet. Pełne blizn i czerwonych pręg. Jedna wielka rana. I wielki krwiak z tyłu głowy – opowiadała mi nauczycielka.

I ona i pielęgniarka nie uwierzyły w upadek ze schodów. Dziewczynka płacząc opowiedziała, że zrobił jej to tatuś. Nie pierwszy raz zresztą. Tym razem wróciła później od koleżanki. I dostała. Nie chciała wracać do domu. Bała się z dwóch powodów: Bała się ojca i bała się tego, że powiedziała, że to on jest sprawcą. Ale co dalej? Joasia upierała się, że nie chce wracać do domu.

Nauczycielka zatelefonowała do lekarza i do mnie. Spytałam czy jest ktoś, kto może zająć się dzieckiem. Okazało się, że w Warszawie mieszka jej babcia i brat matki. Odkąd mama Joasi wyjechała, kontakty z nimi ustały. Zawiadomieni przyjechali natychmiast. Zabrali Asię do siebie. Ja z kolei wysłałam telegram do ojca: że Joasia jest bezpieczna, żeby się nie niepokoił. Zaprosiłam go w poniedziałek do siedziby Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Przyjechał jednak tego samego dnia.

Już po sposobie wejścia wiedziałam, że będzie ciężko. Mężczyzna aż kipiał agresją. – Gdzie jest moje dziecko – wrzeszczał od progu – Oddajcie mi córkę, bo nie wiem co za chwilę zrobię. Klął głośno przez kilkanaście minut. Zaprzeczał, że pobił córkę, groził mi. – Joasia nie chce do pana wracać. Boi się pana – powiedziałam.

Ten wielki, zwalisty facet zaniemówił. Powoli osunął się, przykucnął i ukrył twarz w dłoniach. Po jego twarzy zaczęły płynąć wielkie łzy. Pozwoliłam mu się wypłakać. – Ja bardzo kochałem moją żonę. Największy błąd jaki w życiu zrobiłem, to to, że pozwoliłem jej na wyjazd. Już wtedy intuicyjnie czułem, że to się źle skończy. Zawiodła mnie, chociaż pewnie wyjeżdżając nie miała takiego zamiaru. Ale zakochała się. Rozłąka, samotność… Ja to rozumiem. Ale żal i upokorzenie zostało. Ja jej nie oddam Asi. Tylko ona mi została. Ale czuję, że przestaję umieć ją wychowywać. Tak, czasem ją zdzieliłem pasem, ale nigdy nie zrobiłem krzywdy. Do tego dnia. Bo wie pani, po naszym osiedlu krąży jakiś zboczeniec. Wciąga małe dziewczynki do bramy i gwałci je. Szuka go policja, ale jak dotąd bezskutecznie. Prosiłem Asię, żeby nie wracała do domu po zmroku. Bałem się o nią. A ona jak na złość spóźniała się. Umierałem z niepokoju. Obleciałem wszystkie okoliczne podwórka, dzwoniłem do jej koleżanek. Nigdzie jej nie było. Byłem przekonany, że coś jej się stało, więc jak wróciła zadowolona z siebie prawie o dziesiątej, to puściły mi nerwy. Wpadłem w szał… – opowiadał mi łkając, że bił Asię stołkiem, na którym zwykle siadała obierając z nim ziemniaki. Ona się zasłaniała, a on ją tłukł na oślep. Połamał jej palce, ba połamał na niej ten stołek. Mówił, że boi się, że nie będzie to ostatni raz.

Zwykle, jak widziałam agresora, krzywdziciela, to miałam ochotę go nalać. Nieważne, czy był to mężczyzna, czy była to kobieta. Ale widziałam bezradnego człowieka, spowiadającego się z życia, z tego co zrobił. Wiedziałam, że nie wolno zerwać więzi, jaka jest między ojcem, a córką. Ale nie można było pozwolić na podobną sytuację kolejny raz. Zaproponowałam mu pomoc.

Asia przez długie tygodnie wymagała leczenia. Ciągle nie chciała wracać do ojca. Na dodatek okazało się, że od dłuższego czasu wszystkie listy od matki były chowane przez ojca. Tymczasem ona myślała, że mama o niej zapomniała, że porzuciła ją. Ojciec przyniósł całe pudełko korespondencji. Stopniowo pojedyncze informacje układały się w całość.

– Asia chce jechać do mamy. Ale zanim wyjedzie za ocean pan ją odzyska emocjonalnie. Ona nie może wyjechać z poczuciem żalu, krzywdy i winy, że pana zostawiła – zapewniłam ojca.

Byłam przy ich pożegnaniu na lotnisku. Oboje chcieli, żebym im towarzyszyła. To był jeden z bardziej wzruszających obrazków. Płakali oboje.

Asia odwiedziła ojca po dwóch latach. To był już inny człowiek. Wyciszony, spokojny, pełen ciepła i wyrozumiałości. Przyszli do mnie oboje. Pogodzeni, kochający się, bez żalu i pretensji do siebie.

Mirosława Kątna – autorka tekstu Przewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, członek wielu organizacji krajowych i zagranicznych zajmujących się ochroną praw osób pokrzywdzonych


Copyright © 2006 ISIAG Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych SA Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie lub kopiowanie tekstów i zdjęć umieszczonych na stronie może odbywać się tylko za zgod‘ autora.