Należymy do:

PIFS

Bijący i bici…

(…) – Wie Pani, czego się najbardziej wstydzę, co mnie najbardziej boli. Nie chodzi o ból fizyczny. Jak jechałem w tej czystej karetce, taki cały brudny, oblepiony gnojem, to się tak strasznie wstydziłem. I póź-niej, kiedy mnie myli, a jak tak strasznie cuchnąłem. Byłem kupą gnoju. Po co mnie ratowano?

Wiktora poznałam wiele lat temu w szpitalu na chirurgii. Lekarze szykowali go do wypisu, ale bardzo się bali o jego stan psychiczny. Nie mogli nawiązać z nim żadnego kontaktu. Milczał. I to milczenie było groźne. Jeden z lekarzy zadzwonił do mnie i poprosił o pomoc. Pojechałam. Minęło wiele dni zanim zaczął cokolwiek mówić.

Wiktorowi od dzieciństwa towarzyszył głód, ciężka praca i razy od ojca alkoholika. Za wszystko. Za to, że źle wyczyścił konia, byle jak posprzątał oborę albo nie przyprowadził na czas krów z pastwiska. Dostawał nawet, jak w skupie nie zapłacili za mleko tyle, ile chciał ojciec. Każdy powód był dobry. Matka była zu-pełnie bezradna, nie radziła sobie z niczym.

Wiktor był główną siłą roboczą w gospodarstwie. Pracował jak dorosły mężczyzna. Nie wzbraniał się jednak przed tym. Harował od świtu do nocy. Uczył się przy okazji. Dobrze się uczył.

Któregoś dnia, gdy przerzucał gnój, ojciec zaczął go wyzywać i przewracać. Chłopak zbuntował się. Od-rzucił widły i powiedział:
– Odchodzę tato, nie zasłużyłem sobie na takie traktowanie 

Ojciec aż zatrząsł się ze złości. Chwycił w furii widły i zamachnął się nimi na niego. Gdyby się instynk-townie nie uchylił, trafiłby go w serce. A tak, uderzył go w udo, przebijając je na wylot.
– Popamiętasz smarkaczu! Jeszcze będziesz mnie błagał o wybaczenie – ojciec wrzeszczał pijackim głosem.

Ale Wiktor tego nie słyszał. Upadł twarzą w gnojówkę i zemdlał. Ojciec tak go zostawił. I pewnie by wykrwawił się na śmierć, gdyby młodsza siostra nie zajrzała do obory. Zobaczyła leżącego brata, wybie-gła na drogę jak opętana krzycząc „mój brat zabity”. Biegła od domu do domu, wołała o pomoc. Ktoś wreszcie zainteresował się, wezwał pogotowie. Wiktora odratowano.

– Wie Pani, czego się najbardziej wstydzę, co mnie najbardziej boli. Nie chodzi o ból fizyczny. Jak jechałem w tej czystej karetce, taki cały brudny, oblepiony gnojem, to się tak strasznie wstydziłem. I później, kiedy mnie myli, a jak tak strasznie cuchnąłem. Byłem kupą gnoju. Po co mnie ratowano? – to były jego pierwsze słowa. Wyrzucał z siebie fragmenty zdań, nie patrząc na mnie. Był kompletnie zgnębiony, ale powodem tego zgnębienia nie był ból fizyczny czy świadomość, że będzie przykuty tak długo do łóżka, a kłopoty, które sprawia. Największym dramatem chłopca było poczucie winy. Jak on mógł się tak wobec ojca za-chować. To najbardziej niepokoiło lekarzy.
– Zasłużyłem na gniew ojca. Nie wolno tak odpowiadać. Bóg mnie za to ukarał. Należało mi się. Bardzo tego żałuję.

Nie było w nim żalu do świata, rozpaczy, że wchodzi w życie jako inwalida. Uznał, że jest to słuszna kara za jego zachowanie.

Tłumaczyłam mu, że nie ma w tym jego winy, to ojciec zachował się podle, nieludzko. I musi za to odpo-wiedzieć. To tylko jeszcze bardziej go dołowało.
Uznał, że teraz przez niego ojciec pójdzie do więzienia. Zaczął nawet mówić, że to nie ojciec go skrzyw-dził, że to on się potknął i nadział na widły…

Matka nie umiała mu pomóc.
– Coś ty synku nam narobił – lamentowała. – Tyle pieniędzy trzeba będzie na ciebie wydać, na lekarstwa, na dojazdy do szpitala. W domu każda para rąk jest do roboty potrzebna, a co z ciebie teraz za pomocnik. I Wiktor się martwił, że teraz będzie darmozjadem, że jego siostrzyczki będą chodzić głodne. Lepiej więc będzie, jak zniknie na zawsze.

Umieściłam go w sanatorium. Na długie miesiące. Później zamieszkał w internacie, uczył się. Był bardzo uzdolniony manualnie. Robił przepiękne ozdoby choinkowe. Zaczął zarabiać pierwsze pieniądze. Kiedy skończył szkołę podjął decyzję, że na wieś nie wróci.

Ojciec nie poszedł do więzienia, chyba z uwagi na liczną gromadkę dzieci. Jedyny pozytyw z tego zdarze-nia to taki, że przestał pić. Taką pokutę mu ksiądz nałożył.

Po latach dowiedziałam się, że Wiktor ma dziewczynę, że planuje ślub. Nie miał już poczucia winy, za to, co się stało. Nie żywił też niechęci do ojca, ale widzieć go nie chciał.

Mirosława Kątna – autorka tekstu Przewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, członek wielu organizacji krajowych i zagranicznych zajmujących się ochroną praw osób pokrzywdzonych


Copyright © 2006 ISIAG Instytut Szkoleń i Analiz Gospodarczych SA Wszystkie prawa zastrzeżone.
Korzystanie lub kopiowanie tekstów i zdjęć umieszczonych na stronie może odbywać się tylko za zgod‘ autora.